kup
fot. Wiktoria Dalach
robertkról

Nazywam się Robert Król. Opublikowałem kilka książek z wierszami, a ostatnia, to poemat nominowany do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. Jestem stypendystą Miasta Krakowa, Miasta Jasła, a także stypendystą Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w programie Młoda Polska.



Cztery wiersze, które zamieściłem poniżej, nie były dotąd nigdzie publikowane.
Nie wchodzą w skład żadnej z moich książek.

img01

2003

gatunki śniegu
Ha!art

img02

2004

lida
Teatr Mały

img01

2005

habitat
Ha!art

img02

2009

pamięć podręczna
Ha!art

img01

2010

czternastki
WBPiCAK

img02

2014

o wchodzeniu w ogień
WBPiCAK

img01

2018

polka
Ówże

Widma



Z nocnej wróciłem wycieczki. Nocą najbardziej podobam się
śmierci. Żywy ci tego nie powie. Nie powie, że coś chodzi za tobą,
że wisi w powietrzu, czyha na twój błąd. Myślę, że każdą żałobę
przeżywa się tak naprawdę w samotności. Rozstanie też.
Ojciec mi mówi, że taka jest kolej rzeczy. Wierzę mu na słowo.

Jest jak latarnia. Bez niego nie ma światła, nowych lądów, ładu
i państwa. Nie ma prezydenta i ustaw, które mają nas zmieniać.
Ojciec nie odnajduje się w domu. Przestaje poznawać znajomych na ulicy,
jak kiedyś dziadek. Gubi pieniądze. Fajkę czyści nad zlewem.
Ciężko na to patrzeć i nie pytać, co dalej. Kiedyś był inny czas i świat

nie dawał większych powodów. Ojciec mi mówi, że po śmierci
zamieniamy się w dym, tracąc prawo do miejsca pomiędzy bliskimi,
tracąc prawo do czułości, spojrzeń i dotyku. Ojciec mi mówi, że psy
za szybko rosną. Ma rację. Cieszą wszystkich ojców takie dzieci,
jak ja. Zapominające o błędach. Ich widma po wieczność straszyć będą.

Mapa lądów



Świeć panie, kreśl mapy zwiadowcom, jeszcze drogę powrotną
do domu palcem wyrysuj na szkle mijanych witryn. Ryżem,
solą sypnij pod nogi na szczęście, dopóki idę w dół ulicy na lekkim
kacu. To zaplanowany spacer, ale bez psa. W oddali rzeka
dzieli się z ludźmi tym, co ma – blaskiem. Ostatnie monsuny,

o których słyszałem, powstały z ciśnienia pomiędzy wodą
a lądem. Burza tu. Chciałbym, żeby ten wiersz opowiadał o tobie,
żeby każdy wątek miłosny zahaczał o emocje inne, niż te które
dotąd poznałem. Ten ląd rodził się uparcie w poczuciu winy, we mgle.
Indianie umieli się targować. W przypływie gniewu zrywali

stare porozumienia i przekazywali klucze do wiosek w zamian
za tran, tabakę lub siennik, innym razem za naręcze kopru i cewiarkę.
Mosty powstawały wyłącznie od podstaw, nieliczne sprowadzono
z Europy. Stoję na jednym z nich i wrzucam do wody zawartość
kieszeni. Kiedyś zapytałaś, dlaczego nic nie mam. Teraz już wiesz.
Król posiada umiejętność fascynującego kluczenia w labiryncie metafor, kontrastowania dyscypliny formalnej z niebanalną wyobraźnią (...)

— jakub kornhauser, splot.pl —
polka
«Polka» jest po prostu świetną książką. Brzmi to może banalnie, ale (...) przez następne dwa dni nie mogłem napisać o żadnej innej.

— jakub skurtys, malyformat.com —

Orszak



Początek roku. W radio ostrzegają przed intensywnymi opadami,
ale opady nie chcą nadejść. Brakuje mi zajęcia. Świat za oknem
pusty i bezdźwięczny. Nieistniejący, zupełnie jakby Bóg zapomniał
o ludziach. Jakby się jeszcze w ogóle nie wybudził po świętach.
Na pewno nie przychodzi do pracy od kilku dni. Nie stuka

laską w okna, nie zagląda w portfele i nie odprowadza zmarłych
na cmentarz. Nie odbiera. Pewnie zsunął się do podscenia,
tam gdzie od tygodni operuje zima. Nieobecności liczone w dniach,
to już nie przelewki. Najpewniej wkrótce go zwolnią. Poleci z całym
zastępem aniołów odpowiedzialnych za nakręcanie budzika

i uwalnianie dźwięków w aplikacji do budzenia. Wraz z nimi kierownicy
zmiany, zarządcy dni i nocy, ale też krawcy. Będą szukać roboty
do marca aż w końcu sprawa ucichnie. Widzę ich jak bladym świtem
ciągną wóz z całym swoim dobytkiem, jak gubią gwiazdy gdzieś w powiecie
przemyskim. Jeden z aniołów jest trzeźwy. Oświetla drogę komórką.

Środek nocy



Nie zdążyłem się jeszcze urodzić. Jest koniec stycznia, może
początek lutego. Mróz wchodzi na szyby i zostawia ślady,
które z daleka przypominają wycinankę. Pies siedzi w kuchni
na parapecie i patrzy przez okno w noc jakby chciał policzyć
wszystko to, czego tam tak naprawdę nie ma i nigdy nie

było. Po chwili słyszy nadciągający pociąg i przechyla łeb.
Próbuje zaszczekać, ale mu nie wychodzi. Na polach leży śnieg.
W ślizgawce na podwórku odbija się Wielki Wóz. Jest taki
mały. Wygląda jak garść szkiełek, które by można zgarnąć
do kieszeni i zostawić na potem, aż nabiorą realnej wartości.

W domu nie ma jeszcze dzieci. Pijany ojciec od południa
śpi na wersalce. Matka wraca z podróży służbowej. W piwnicy
przy regałach stoi dziadek. Czegoś szuka. Coś większego wypada
mu z rąk na podłogę. Cmoka na imadło. Właśnie przypomniał
sobie roboty w Niemczech. Dzień, w którym zrozumiał i zaczął tęsknić.
Król potrafi pisać zmysłowo i plastycznie, jak gdyby otaczającą go rzeczywistość uchwycił jako wymiar wszystkożerny, pochłaniający (...)

— roman honet, biuroliterackie.pl —
lida
Jego «Lidę» i «Pamięć podręczną» mogę czytać nawet codziennie, ponieważ są one dla mnie niewyczerpalne w sensach, w tym, co mogę obserwować w utworach, które niby bardzo dobrze znam.

— henryk bereza, gazeta nagrody literackiej gdynia —